Wybrana twórczość Jacka Londona
Kiedy otworzył oczy, był znów w swym narożniku i słyszał ryk publiczności przypominający przybój morza na Bondi Beach. Na karku poczuł wilgotną gąbkę, a Sid Sullivan bryzgał mu ożywczą zimną wodą na pierś i twarz. Rękawice już mu zdjęto. Sandel pochylony nad nim ściskał mu rękę. Tom nie czuł żalu do człowieka, który go pobił, toteż oddał uścisk ręki tak szczerze, że aż zabolały go potłuczone knykcie. Potem Sandel wyszedł na środek ringu, a publiczność pohamowała nieco swe okrzyki entuzjazmu, by wysłuchać jego oświadczenia, że przyjmuje wyzwanie młodego Pronto i proponuje podwyższyć dodatkowy zakład do stu funtów. King patrzał osowiałym wzrokiem, gdy sekundanci ocierali z niego kapiącą wodę, osuszali mu twarz i przygotowywali go do zejścia z ringu. Czuł głód. Nie było to zwykłe ssanie w dołku, ale wielka słabość, pulsowanie w dole żołądka, które udzielało się całemu ciału. Przebiegał pamięcią walkę do chwili, kiedy dopadł Sandela, gdy ten chwiał się o krok od porażki. Ach, ten befsztyk przesądziłby sprawę! Zabrakło mu go dla decydującego ciosu i dlatego przegrał. Wszystko przez ten befsztyk!
Sekundanci podtrzymali Toma, by mu pomóc przejść przez liny. Odepchnął ich, sam się pochylił pod linami i ciężko zeskoczył na ziemię. Szedł tuż za swymi sekundantami, którzy torowali mu drogę przez zapchane publicznością główne przejście. Gdy wychodził z szatni na ulicę, zaczepił go jakiś młodziak przy wejściu do hallu.
- Czemuś go nie wykończył, kiedy już go miałeś? - zapytał.
- Idź do diabła! - odparł Tom King i zszedł ze schodów na chodnik.
Drzwi szynku na rogu stały otworem i Tom ujrzał światła i uśmiechnięte kelnerki. Usłyszał liczne głosy rozprawiające o walce i miły dźwięk pieniędzy rzucanych na ladę. Ktoś zaprosił go na kieliszek. Zawahał się, potem odmówił i ruszył w swoją drogę.
Nie miał grosza w kieszeni, a dwumilowy spacer do domu wydawał mu się bardzo długi. Starzeje się niewątpliwie. Przeciąwszy Domain, usiadł nagle na ławce, dręczony myślą o żonie, która czekała na niego i na wynik walki. To było cięższe od każdego nokautu i wydawało się prawie nie do zniesienia.
Był słaby i obolały, a ból w rozbitych knykciach mówił mu, że jeśli nawet znajdzie pracę kopacza, wcześniej niż za tydzień nie zdoła chwycić za kilof lub łopatą. Mdliło go z tego świdrującego w dole żołądka głodu. Czuł się złamany swoim nieszczęściem, a do oczu napłynęły mu nieproszone łzy. Ukrył twarz w dłoniach i płacząc przypomniał sobie Billa Stowshera,
który schylił przed nim czoło tamtej nocy, dawno temu. Biedny stary Stowsher Bill! Teraz Tom King zrozumiał, czemu Bill płakał w szatni.
Przełożył Tadeusz Evert
Straszliwy archipelag
Można powiedzieć bez przesady, iż Archipelag Salomona jest grupą wysp srodze upośledzonych.
Niewątpliwie jednak istnieją na świecie miejsca jeszcze gorsze. W każdym razie archipelag ten musi się wydawać naprawdę straszliwy żółtodziobowi pozbawionemu przyrodzonego daru rozumienia twardego życia i twardych ludzi.
Prawdą jest, że malaria i czerwonka grasują tam ustawicznie, szerzą się wstrętne choroby skórne, a powietrze przesyca trucizna, która przenika we wszystkie pory, zadrapania lub skaleczenia i sieje złośliwe czyraki. Prawdą jest, że wielu silnych mężczyzn, którym uda się nie umrzeć na tych wyspach, wraca ze zrujnowanym zdrowiem do rodzinnych krajów. Prawdą jest także, iż tubylcy z Archipelagu Salomona to stado dzikusów wiecznie zgłodniałych mięsa ludzkiego i zwariowanych na punkcie zbierania ludzkich głów. W ich pojęciu najwspanialszym wyczynem sportowym jest zaskoczyć odwróconego plecami człowieka i zręcznym ciosem tomahawka przeciąć mu kręgosłup u podstawy czaszki. Prawdą jest, iż na niektórych wyspach - na przykład na Malaicie - rachunek strat i zysków we wzajemnych stosunkach między ludźmi oblicza się ilością zabójstw. Zakonserwowane głowy są obiegowym środkiem wymiany, a głowy białych mają niezwykle wysoką cenę. Bardzo często kilkanaście wiosek spędza swe trzody i tuczy je miesiąc po miesiącu, dopóki jakiś waleczny wojownik nie upomni się o nagrodę prezentując głowę białego człowieka, świeżo ściętą, zbroczoną jeszcze posoką.
Wszystko to jest szczerą prawdą. Są jednak biali, którzy spędzili na Wyspach Salomona po dwadzieścia lat, a opuściwszy je, cierpią na nostalgię. Człowiek musi być tylko ostrożny, no i mieć łut szczęścia, żeby żyć długo na tym archipelagu. Musi także być osobnikiem właściwego gatunku. Na duszy winien mieć wypalone piętno niepokonanego białego człowieka. Musi być niepokonany. Musi mieć wzniosłą pogardę dla drobiazgów, niezmierną pewność siebie i rasowy egotyzm, który rodzi wiarę, że jeden biały jest lepszy od tysiąca czarnych w każdy powszedni dzień, a przy niedzieli może sobie poradzić nawet z dwoma tysiącami. Takie właśnie przymioty uczyniły białego człowieka niepokonanym.
I jeszcze jedno: biały, który pragnie być niepokonany, powinien nie tylko gardzić podlejszymi nacjami, a o sobie mieć bardzo wysokie mniemanie, lecz cierpieć również na brak wyobraźni. Nie może zbyt dobrze rozumieć instynktów, obyczajów i procesów myślowych ludzi czarnych, żółtych czy brunatnych, bo nie taką metodą biała rasa wydeptała swój królewski gościniec dokoła świata.
Bertie Arkwright nie mógł uchodzić za niepokonanego. Był wrażliwy, delikatny, posiadał zbyt bujną wyobraźnię. Uginał się pod brzemieniem zewnętrznego świata. Zanadto dociekliwie studiował otoczenie. Dlatego właśnie Archipelag Salomona był ostatnim na świecie miejscem, do którego winien wybrać się Bertie Arkwright. Nie wybrał się tam zresztą na stałe. Uważał, że pięciotygodniowy pobyt pomiędzy rejsami parowców zupełnie zaspokoi zew pierwotności, którym drgały struny jego duszy. Tak przynajmniej, choć w innych słowach, Bertie informował turystki z ,,Makembo”. Turystki wielbiły bohatera, same bowiem (jako że damy) miały jedynie zaznawać spokoju na pokładzie parowca, który przemierzał szlaki wodne archipelagu.
“Makembo” wiózł również innego pasażera, lecz na niego turystki nie zwracały uwagi. Był to mały, zasuszony człeczyna o ogorzałej na mahoń, zwiędłej cerze. Nazwisko, pod jakim figurował na liście podróżnych, nie miało znaczenia, lecz na jego drugie nazwisko - Kapitan Malu - zaklinali się tubylcy i od Nowego Hanoweru po Nowe Hebrydy straszyli nim nieznośne dzieciaki. Kapitan Malu panował nad dzikimi ludźmi i dzikimi obyczajami, a z malarii i z trudów, z trzasku sniderów i świstu batogów, którymi posługiwali się nadzorcy robót, wydusił okrągłe pięć milionów pod postacią trepangów,[ raczki morskie poszukiwane jako przysmak w Chinach. ] drzewa, sandałowego, muszel perłowych, szylkretu, orzecha amerykańskiego, kopry, terenów zdatnych pod uprawę, faktorii i plantacji. Mały palec Kapitana Malu, złamany niegdyś, był bardziej niepokonany niż cały Arkwright. Ale turystki opierały swe sądy jedynie na pozorach, a Bertie był niewątpliwie przystojnym mężczyzną.
Młody chwat rozmawiał w palarni z Kapitanem Malu i zwierzył mu się, iż chce zobaczyć srogie, ociekające krwią życie Archipelagu Salomona. Kapitan Malu przyznał, że to zamiar chwalebny i ambitny. Ale Bertie zainteresował go dopiero po kilku dniach, kiedy zapragnął pokazać mu swój